WAŻNE! Dwa razy 4 czerwca czyli „nie ma przypadków, są tylko znaki”

WAŻNE! Dwa razy 4 czerwca czyli „nie ma przypadków, są tylko znaki”

Wczoraj po raz kolejny okazało się , że żyjemy jakby w dwóch równoległych rzeczywistościach, że Polski są dwie. Pęknięcie, wywołane celowo i świadomie przez me(n)dialnych macherów po Smoleńsku, jest wyraźne i bolesne. Nie ma mowy o dialogu, o rozmowie, jest przekonanie o swojej jedynie słusznej racji, o wyższości nad „lemingami” z jednej, a „ciemnogrodem” z drugiej strony.

Zadaniem nowych władz polskich, może nawet i ważniejszym od politycznych i społecznych programów, jest zasypanie tej przepaści, skupienie Polaków wokół fundamentów, wokół wartości i zasad. Inaczej rozwój gospodarczy i odzyskiwanie suwerenności utknąć może w jałowych i sztucznie podtrzymywanych przez obcych sporach. Ileż razy tak rozgrywano nas Polaków w ciągu stuleci?

Ale były też czasy wyjątkowej jedności, odrzucenia partykularyzmów, własnych ambicji dla celów najważniejszych – wolności i obrony Ojczyzny. Tak było w czasie wojen, najazdów obcych wojsk, tak było w ponurej nocy zaborów, narodowych powstań, tak działo się przy „cudzie” listopada 1918 roku. A potem Polacy razem stanęli przeciw sowieckiej w 1920 roku oraz niemiecko-sowieckiej napaści w 1939 roku. To na polskich ziemiach okupowanych nigdy nie powstał rząd kolaboracyjny, to tu funkcjonowało silne Państwo Podziemne. A dalej przyszedł „cud” jedności 1980 roku, gdy Polaków obudziły słowa świętego Jana Pawła II z pierwszej pielgrzymki do kraju. Przetrwaliśmy stan wojenny i lata gnicia komunizmu. Dziś wiemy, że był to czas przygotowania „transformacji”, na którą zgodziła się, a nawet współuczestniczyła w niej część solidarnościowych elit. Ale wtedy wiedzieli o tym tylko nieliczni…

Jak pamiętam tamte dwa 4 czerwce? 4 czerwca 1989 roku był tu, w Dzierżoniowie dniem słonecznym, radosnym. Komitet Obywatelski był wtedy „rodziną”, gromadą ludzi pewnych swych racji, przekonanych, że dokłada ręki do jakże potrzebnej i oczekiwanej zmiany. Nikt nie kalkulował niczego dla siebie, nikt nie liczył społecznie przepracowanych godzin i dni. Pamiętam jakim wyróżnieniem był udział, po raz pierwszy przecież, naszych przedstawicieli w komisjach wyborczych. Ci, którzy się nie zmieścili do komisji, zostawali mężami zaufania KO „S” i z tą legitymacją pełnili swe obowiązki cały wyborczy dzień i noc ręcznego liczenia głosów. Brałem w tym udział, pamiętam entuzjazm, trocha obawę przez „siłą” tamtej strony. Podział był klarowny – my „Solidarność”, oni – komuniści. I pamiętam euforię poranka 5 czerwca, gdy zaczęliśmy podsumowywać wyniki wyborów z powiatu i wynikało z nich, że „Solidarność” wygrywa wszędzie bezapelacyjnie. Kto wtedy zastanawiał się na istotą „kontraktu” wyborczego, kto myślał, że to tylko 35-procentowe zwycięstwo? Ja nie. Wałęsa był ikoną, liderzy KO „S” bohaterami, nasz lokalny kandydat, nasz kolega – Marian został posłem. Niemożliwe stawało się rzeczywistością. Wygraliśmy…

Wakacje tego roku to był czas odpoczynku od polityki. Słuchałem w radio relacji z obrad Sejmu. Artykuł Michnika „Wasz prezydent, nasz premier” odebrałem, jak wielu, jako polityczny zwód, podobnie jak „sojusz” OKP z SD i PSL-em. A potem przyszedł „wybór” prezydenta – Jaruzelskiego, co jak rozumiałem było „kosztem” kontynuowania zmiany. No i kolejny wielki triumf – rząd Mazowieckiego. Wierzyłem, że wszystko idzie we właściwym kierunku, kontestujących i ostrzegających wtedy przed Targowicą, traktowałem pobłażliwie, jako niegroźny margines demokracji.

W 1990 roku nasza „drużyna” KO „S” zwyciężyła we wszystkich gminach dzisiejszego powiatu, w wyborach do samorządów. Nasz lokalny lider został pierwszym po wojnie burmistrzem miasta. Kto z nas analizował wtedy listy kandydatów? Ja nie. Co prawda odbywały się „publiczne wysłuchania”, pojawiały się głosy sprzeciwu wobec tego, czy innego dawnego prominenta, w cudowny sposób zamienionego w „działacza” KO „S”, ale wtedy większości z nas wystarczał szyld, byliśmy przeciwni wszelkim rozliczeniom, grzebaniu w życiorysach. Dziś, po latach spędzanych w archiwach IPN wiem, że był to błąd, że zarówno tam – na górze, jak i tu – lokalnie, nie było przypadków, był tylko sprawnie realizowany, ułożony wcześniej scenariusz. I nie miało żadnego znaczenia, że formalnie przestały istnieć – SB i MO czy WSW. Mechanizmy, sposoby działania, a przede wszystkim – ludzie, ci sami, pozostali. Wszak ministrem spraw wewnętrznych był Kiszczak, a obrony narodowej – Siwicki, najbliżsi współpracownicy Jaruzelskiego w stanie wojennym. Niewielu miało jakieś pojęcie o życiowej drodze betonowych komunistów – Modzelewskiego, Kuronia, Geremka, Michnika, którzy kontestować ustrój i władze PRL zaczęli dopiero wtedy, gdy Gomułka brutalnie ich odsunął. Wiedzieliśmy tylko o ich „bohaterskiej opozycyjności”. Czy ktoś to analizował wtedy w wolnej Polsce? Ja nie.

Wybór Wałęsy na prezydenta po rezygnacji Jaruzelskiego, dokonany powszechnie, utwierdzał wtedy pewność, że „komuna padła”. Czy ktoś wtedy słyszał o przeszłości Wachowskiego? Oczywiście pojawiały się pytania o rozłam w łonie „drużyny” i bratobójczą walkę z Mazowieckim. Ale i to umiejętnie przykryto „sprawą Tymińskiego”.

Gdy rozwiązano „sejm kontraktowy” i odbyły się pierwsze wolne wybory w 1991 roku byłem pewien, że sprawy idą jak najlepiej. Powstał rząd Jana Olszewskiego, patriotyczny, narodowy. Gdy spór Wałęsy z nowym rządem wiosną 1992 roku zaczął odsłaniać rysy na gmachu „solidarnościowej” budowli, nadszedł czas na zastanowienie. Pamiętam wtedy dyskusje o sowieckich bazach w Polsce, których „eksteryterialności” bronił Wałęsa, pamiętam jego dwuznaczne zachowanie w czasie moskiewskiego puczu Janajewa.

I wtedy przyszedł drugi 4 czerwca 1992 roku. Dziś znamy już kulisy tamtej koszmarnej nocy, znamy motywacje tych, co obalili legalny polski rząd. Film „Nocna zmiana” to przestroga. Ale wtedy był to dla mnie dzień szoku, politycznego dorastania. Pamiętam haniebne wystąpienie Rokity w sejmie, nie zapomnę niedobrych, pełnych jadu i kłamstw Geremka, Mazowieckiego, Kuronia. I wtórującego im antypolskiego jazgotu gazety Michnika, wieszczącego „faszyzm i dyktaturę” jeżeli rząd Olszewskiego przetrwa. Pamiętam histeryczne wystąpienie Wałęsy, gdy minister Macierewicz ujawnił listę byłych agentów służb PRL wśród najwyższych urzędników państwa i parlamentarzystów. To przerastało wyobrażenie, ale i zmuszało do samodzielnego wyciągania wniosków. Tego dnia skończył się na zawsze mit „solidarnościowej” jedności, pojawiły się pytania. Na niektóre do dziś nie ma jasnych odpowiedzi.

„Nie ma przypadków, są tylko znaki” – jak nieśmiertelnie napisał ks. Bozowski. Dobry Bóg dał Polakom wyraźny znak, aranżując właśnie 4 czerwca, w odstępie trzech lat, te dwa wydarzenia. To była klamra początków III RP, pamiętajmy o niej i dziś. Dzięki tamtej lekcji dziś więcej analizuję, staram się myśleć samodzielnie i nie mam zaufania do „autorytetów”, nawet jeżeli mówią z przekonaniem, a szczególnie gdy dużo obiecują i realizują to tylko …na ekranie ogłupiacza. Tak jak to czyniono ostatnie osiem lat.

Jeden Komentarz

  1. Niemal dokładnie przeżywałem tak samo te minione 27 lat. Euforia i optymizm pierwszych lat boleśnie zostały sprowadzone na ziemię 4 czerwca 1992 r. Podobne odczucia miałem w 2005 r. Wówczas naiwnie myślałem, że nadszedł czas na porządne sprzątanie po PRL-u. Zawiodłem się srodze. Teraz mam nadzieję, że zrobimy to, co powinno być zrobione już dawno. Tym razem nie jest to już wiara bezwarunkowa.

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.