Tamtego dnia nie „skończył się komunizm”. 4 czerwca – doskonała data na „protest”

Tamtego dnia nie „skończył się komunizm”. 4 czerwca – doskonała data na „protest”

W najbliższą sobotę tak zwana opozycja ma ostatnią przedwakacyjną szansę na zorganizowanie „protestu w obronie demokracji”. Kilka dni potem zacznie się Euro 2016, następnie przyjdą wakacje i Polacy przestana zajmować się tymi marszami.

Dlatego trwa mobilizacja i udawanie jedności, mimo ciągłych walk i sporów w łonie „totalnej” opozycji. Żaden z liderów tych ugrupowań nie pokusił się dotąd o zdefiniowanie jakie to istotne elementy demokratycznego państwa są zagrożone. Bo przecież nikt poważny nie uwierzy, że wywołana sztucznie „wojna o Trybunał” ma na celu coś innego niż tylko obronę „skoku na TK” dokonanego przez PO-PSL w czerwcu ubiegłego roku. Domaganie się zaś tego, by ludzie zechcieli wychodzić na ulice i żądać opublikowania jakiejś opinii TK, nie najlepiej zdaje się świadczy o rozumieniu realnej rzeczywistości przez ludzi do niedawna sprawujących władze w Polsce.

Wybór daty na „protest” – dnia jednoznacznie kojarzącego się negatywnie w pamięci, jest też swego rodzaju Bożym żartem. Bo przecież dziś już jest jasne, że 4 czerwca 1989 roku półdemokratyczne wybory do tak zwanego„kontraktowego” Sejmu były realizacją wcześniej zawartych porozumień, uzgodnionych ustaleń, a wola suwerena ograniczona została do roli wykonawcy tego układu.

Tamtego dnia wcale nie „skończył się komunizm”, dokonała się tylko jego mutacja, czyli parafrazując znaną maksymę – „zmieniono tak wiele, by wszystko pozostało po staremu”.

Trzy lata później, 4 czerwca 1992 roku, kolejne porozumienie dawnych komunistów i ludzi służb specjalnych PRL oraz „solidarnościowych bohaterów”, przerażonych wizją ujawnienia ich prawdziwych życiorysów, obaliło rząd premiera Jana Olszewskiego. Nie twierdzę, że wszyscy głosujący tamtej nocy za dymisją rządu wiedzieli do czego przykładają ręki, komu i czemu służą. Ale liderzy parlamentarnych ugrupowań i ówczesny prezydent RP wiedzieli doskonale.

Czy wobec tego zwolennicy Dobrej Zmiany powinni tylko z politowaniem patrzeć na marsze niedawnych „władców” Polski?

Otóż moim zdaniem byłby to błąd.

Organizatorzy tych „marszów” i „protestów” wiedzą, że jeszcze kilka, podobnie skutecznych jak program „Rodzina 500 plus”, działań rządu PiS i na ulice wychodzić będą sami partyjni aktywiści. Stąd mobilizacja przed 4 czerwca, stąd szastanie dużymi pieniędzmi z dotacji państwowych, dlatego taka gorączka na ekranie telewizyjnego ogłupiacza.

Myślę, że oprócz koniecznej naprawy, przyjęcia ustaw przywracających wiarę Polakom w sprawność, sprawność i sprawiedliwość działania machiny resortów i instytucji państwowych, do sukcesu Dobrej Zmiany na trwałe trzeba czegoś jeszcze.

Mimo śmieszności haseł i groteskowości poczynań tzw. opozycji, zgodzić się wypada, że ostatnimi laty celowo wykopano podziały między Polakami. Medialnie wytresowano ludzi w politycznej nienawiści, pokazano jak atakować, ośmieszać, gardzić sobą wzajemnie. Wymyślono „wroga”, zdefiniowano jego hasła i pomysły (często nie mające nic wspólnego z prawdą), podniesiono poziom agresji tak, by na trwałe zasieki dzielące Polaków przed porozumieniem, dawały przekonanie politycznym macherom, że zgody nie będzie nigdy. Jak w sporcie, odmiennie wystrojono i ponazywano obie „zwaśnione” strony – „lemingi” i „mohery” miały i mają nadal czuć, że są zupełnie innym „narodem”. No i oczywiście mają jedynie słuszną rację. Przykład mordercy Cyby, zwolennika PO, pokazuje do czego działania takie prowadzą. Stworzono również, a chyba celnej będzie napisać – wyhodowano sztucznie – pseudo elitę, która właśnie nad tym podziałem miała i ma czuwać, nie pozwolić na żadne polsko – polskie porozumienie.

Potrzebna jest długa praca nad zakopywaniem przepaści. Nie z pozycji dzisiaj sprawującego władzę, ale po to by wytrącić obcym ich najsilniejszy oręż przeciw Polsce – skłóconych Polaków. Nie mam wątpliwości, że i po „tamtej” stronie większość ludzi uznaje te same fundamenty, jest patriotycznie nastawiona, chce żyć spokojnie i coraz lepiej w bezpiecznym kraju. Do nich trzeba wyciągnąć rękę, z nimi należy rozmawiać. A wtedy najwyraźniej widać będzie tych, którzy nie Polsce i jej racji stanu służą. Dla obcych, ze wschodu i zachodu, najczarniejszym snem jest zgoda i jedność większości Polaków. Bo przecież na samych jurgieltnikach niewiele da się zbudować.

Nie myślę o powrocie do idei PO-PiS, bo to była tylko polityczna gra fałszywymi kartami, ale o powrocie do fundamentów życia narodowego i społecznego, których się nie kwestionuje i nie kontestuje, wokół których skupiają się ludzie różnych poglądów i politycznych barw. Kanon to suwerenność, wiara, narodowa tożsamość, wolność, demokratyczny porządek państwa. Na tym można budować jedność.

Uznajmy wreszcie, że absolutnym fałszem jest jakaś „wojna polsko-polska”, nie można starań gromady próżniaków do powrotu do władzy utożsamiać z jakimś narodowym konfliktem. Jesteśmy na początku drogi tych zmian, nie zapominajmy i o tym, chyba najważniejszym, ich elemencie.

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.